KOINONIA - Pierwszy Zbor w Gdyni

Świadectwo nawrócenia - Krystyna Zielińska

11 Luty 2014

Świadectwo nawrócenia – Krystyna Zielińska

|
Przez
|
0 Komentarz
|

Chwała niech Będzie Bogu Najwyższemu za Jego łaskę i miłosierdzie po wieczne czasy

Kochani bracia i siostry, serce moje pragnie podzielić się z Wami tym co Bóg uczynił w moim życiu. Pragnieniem moim jest, aby to co Wam opowiem było ku Waszemu zbudowaniu. Życie moje nie było łatwe, składało się z samego bólu, rozpaczy, bezradności i strachu. Nie będę opisywać całej tej tragedii, ponieważ to już jest stare, zapomniane i nie ma. Teraz jest nowe życie, które dał mi Jezus Chrystus.

Przez ponad 50 lat byłam gorliwą katoliczką, chodziłam do Kościoła, brałam udział we wszystkim co Kościół oferował, modliłam się także i to bardzo gorąco, lecz nie tak jak powinnam. Wiedziałam, że Bóg istnieje, że ma moc, ale jak do Niego dotrzeć – nie wiedziałam. Zawsze w moim sercu była pustka, której nikt i nic nie było w stanie wypełnić. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak bardzo potrzebowałam Boga.

Szukałam pośrednika, który by wstawił się za mnie u Boga. Tak było między innymi, kiedy moja półroczna córeczka była ciężko chora na zapalenie opon mózgowych. Leżała umierająca w szpitalu na Placu Kaszubskim, a ja tkwiłam w kościele obok i modliłam się do Św. Antoniego. Było tam pełno tabliczek z podziękowaniem za wysłuchane prośby. Ja również obiecałam świętemu, że taką powieszę. Jednak zawiodłam się bardzo, ponieważ moja córeczka zmarła. Wtedy obraziłam się na św. Antoniego i obrałam sobie Marię, jako moją wstawienniczkę. W prostych modlitwach błagałam ją, aby ona, skoro jest przy Synu swoim, szepnęła do Niego słówko, że tu na ziemi jest ktoś, kto bardzo potrzebuje Jego miłosierdzia. Sama do Jezusa nie przychodziłam, bo byłam przekonana, że nie jestem godna, aby zwracać się do tak świętego Boga. Patrząc obecnie na to moje stare życie mam świadomość, że wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Gdy miałam 46 lat mój mąż zmarł i zostałam sama w ciężkiej niedoli z dorosłym synem narkomanem i młodszym 10. letnim synem. Chociaż mój mąż nie za bardzo dbał o rodzinę, bo u niego na pierwszym miejscu była butelka, to i tak po jego śmierci bardzo się załamałam. Byłam świadoma, że teraz ja jestem odpowiedzialna za rodzinę, ale wiedziałam także że nie podołam temu zadaniu. Byłam u kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej, a niebo stało się dla mnie kamienne. Zaczęła się ciężka walka. Mój starszy syn Janusz był bowiem narkomanem. Próbowałam za wszelką cenę wyciągnąć go z narkomanii, lecz niestety wówczas przepisy w Polsce były takie, że skoro sam nie chce się leczyć, to nikt nie może nic z tym zrobić. Po śmierci ojca Janusz poczuł się panem naszego domu, nie pracował, nie było dla niego żadnej kary, rządził nami jak tylko chciał. Młodszy syn, Jacek, chodził do szkoły. Jak na takie warunki uczył się bardzo dobrze, jednak żył w wiecznym stresie i strachu. Dla mnie zaczął się ciężki czas, musiałam ustrzec Jacka od tego samego życia jakie wybrał jego starszy brat. Wiedziałam że Janusz jest stracony, ale co robić aby Jacek nie poszedł za nim? Nie będę wszystkiego opowiadać, bo to były straszne lata mojego życia. Ciągle tylko policja, więzienie, nasze ucieczki z domu, nieprzespane noce… Pamiętam jak pastor Janek (Jan Krauze) mówił, że on osobiście by tego nie przetrzymał, że trzeba nas za to podziwiać.

Po kilku latach koszmaru naszego życia Janusz znalazł się kolejny raz w szpitalu psychiatrycznym. Przebywał tam na jednej Sali z chorym synem św. pamięci siostry Piotrowskiej i tam właśnie pierwszy raz usłyszał od niej o Bogu i przyjął Jezusa do swojego serca. Otrzymałam list od siostry Piotrowskiej, że chce się ze mną spotkać, że mój syn jest teraz dzieckiem Bożym. Było to dla mnie bardzo dziwne, nie mogłam tego pojąć. W pierwszej chwili myślałam że to kolejny wybryk Janusza. Poprosiłam sąsiadkę, aby była z nami kiedy siostra Piotrowska przyjedzie. Gdy tylko weszła do naszego domu zrobiło się jakoś dziwnie, teraz wiem, że był z nią sam Jezus Chrystus, lecz wtedy uznałam że przyszła do nas Maria z nieba…nawet napisałam do mojej szwagierki że była u nas Maria, na co ona odpisała, że muszę koniecznie iść do psychiatry.

Przez całe moje życie nie spotkałam takiej osoby jak siostra Piotrowska. Dla mnie naprawdę była to postać nie z tego świata. Owego dnia przyszła także dziewczyna, która kochała Janusza i do samego końca czekała na poprawę jego stanu. Siostra Piotrowska opowiedziała nam, że Janusz się nawrócił, że jest innym człowiekiem. Dla nas było to niezmiernie dziwne i nowe, ale ona pomału wszystko nam tłumaczyła, wyjaśniała i odpowiadała na pytania. Obserwując ją dziwiłam się, że w tak złym świecie jest taka osoba jak ona. Zapragnęłam mieć to co ona ma. W tym dniu wszyscy, którzy byli w moim domu oddali życie Jezusowi. Nastała wielka radość w naszych sercach. Pamiętam, że byłam tak szczęśliwa i radosna, że nie mogłam znaleźć sobie miejsca. W domu było mi za ciasno, radość wręcz mnie rozsadzała. Całą noc czytałam Nowy Testament, który otrzymałam od siostry Piotrowskiej. Od tej pory zaczęło się nowe życie z moim Panem i Zbawicielem Jezusem Chrystusem. Na drugi dzień, radość wzmogła się jeszcze bardziej i nie mogąc usiedzieć w domu wyszłam na zewnątrz. Idąc niemal unosiłam się nad ziemią i nie wiem jak to się stało, ale znalazłam się w Wejherowie(wspomnę tylko że mieszkam w Gdyni). Tam, chodząc po rynku mówiłam ludziom o tym, co Bóg uczynił w moim życiu. Jedni z nich słuchali, inni pukali się w czoło, a jedna babuleńka w odpowiedzi na moje wyznanie stwierdziła, że PIŁSUDSKI – TO BYŁ CZŁOWIEK! Pomyślałam sobie, że jej na pewno nie zostało już zbyt wiele czasu, więc trzeba ją przekonać. Jednak ona nie chciała słuchać. Teraz wiem, że ziarno zostało zasiane w jej sercu i może któregoś dnia zastanowiła się nad swoim życiem.

Kiedy Bóg mnie znalazł byłam bardzo poraniona, wiele chorób nękało moje ciało, byłam zupełnie wyczerpana zarówno fizycznie jak i psychicznie. Bóg jest taki cudowny, doskonale wiedział kiedy wkroczyć w moje życie. Zaczęły się dla mnie nowe dni. Wiedziałam że mogę do Niego przychodzić z każdym moim bólem, a co najbardziej mnie dziwiło, On odpowiadał na każde moje wołanie. Co więcej, zaczął nade mną pracować tak, jak potrafi tylko najlepszy Ojciec. Siostra Piotrkowska była cudownym człowiekiem, to przez nią Bóg mógł mi okazać swoją łaskę i miłość. Wtedy jeszcze niewiele rozumiałam, lecz czytając Słowo Boże, modląc się – już we właściwy sposób – zaczęłam się zmieniać, rozumieć i przyjmować to co Bóg chciał mi dać. Siostra Piotrkowska również modliła się o mnie, nigdy mnie nie zostawiła, w każdej chwili mogłam się do niej zwrócić, a ona zawsze była gotowa mi pomóc, wytłumaczyć to czego nie rozumiałam. Była dla mnie wspaniałym nauczycielem, miała wiele mądrości, a także cierpliwości. Nie nakazywała mi co mam robić, tylko modliła się o mnie, a Bóg sam mi pokazywał co jest niewłaściwe w moim życiu. To był dla mnie wielki przełom. Wyrzuciłam wszystkie obrazy, do których modliłam się przez ponad 50 lat. Miałam nawet ołtarzyk poświęcony dla mojego męża, w którym znajdowało się jego zdjęcie, figurki, kwiatki, krzyżyk i świeczki. Pewnego dnia zrozumiałam jakim wielkim bałwochwalstwem były te wszystkie obrazy. Bóg pokazał mi, że zbudowałam ołtarz człowiekowi. Wstałam więc i wyrzuciłam go. Tego samego dnia przyjechała siostra Piotrowska i gdy zobaczyła co zrobiłam, wyznała mi że właśnie tamtego dnia się o to modliła. Można się domyślić, że naszej radości nie było końca. Byłyśmy szczęśliwe że Bóg czyni takie cuda w moim życiu.

Jednak po poznaniu żywego Boga życie wcale nie zmieniło się w sielankę. Niedługo po tych wydarzeniach Janusz uciekł ze szpitala psychiatrycznego i pod wpływem narkotyków wrócił do domu. Życie znów zaczęło zmieniać się w piekło, można nawet powiedzieć że było jeszcze gorzej. Dziś wiem, że szatan walczył „o swoje”. Jednak ja miałam już zupełnie inne podejście do całej tej kwestii. Miałam żywego Boga i wielką wiarę, że nic nie może nam zagrażać, bo mamy kogoś, kto nas kocha i czuwa nad nami. Moja cała nadzieja to Słowo Boże i kontakt z Bogiem. Nie walczyłam już bowiem z ciałem, ale ze złym duchem. Bóg okazywał nam na każdym kroku swoje wielkie miłosierdzie. Mimo problemów byłam szczęśliwa i radosna. Wiedziałam, że żaden sąd, żadna policja, żaden człowiek nie jest w stanie nam pomóc i zmienić cokolwiek w naszym życiu, jak tylko jedyny, pełen dobroci i miłości Jezus Chrystus. Amen.

 

Jeśli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Syna jego, tym bardziej, będąc pojednani, dostąpimy zbawienia przez życie jego. Rzy 5.10

 

Odpowiedz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Ta strona internetowa używa Polityka prywatności i plików cookies aby dać ci jak najlepsze wrażenia. Zgadzam się, klikając przycisk "Zaakceptuj".